, ,

Postanowiłem sprawdzić, jak działa egotyzm

W jednej z książek, które ostatnio czytałem znalazłem pewne ćwiczenie, które ma na celu zwrócenie uwagę na kwestię tego, ile razy w ciągu dnia posługujesz się słowem “ja”. Autor polecał, by za każdym razem, kiedy użyje się tego słowa lub jakiejś innej formy odniesienia do własnej osoby wykonać kreskę w podręcznym notatniku, a potem policzyć,…

By.

min read

W jednej z książek, które ostatnio czytałem znalazłem pewne ćwiczenie, które ma na celu zwrócenie uwagę na kwestię tego, ile razy w ciągu dnia posługujesz się słowem “ja”.

Autor polecał, by za każdym razem, kiedy użyje się tego słowa lub jakiejś innej formy odniesienia do własnej osoby wykonać kreskę w podręcznym notatniku, a potem policzyć, jak wiele ich było.

Zastanowiło mnie to. Jak wiele razy w ciągu dnia mówię i myślę o sobie? Praktycznie non-stop.

Postanowiłem spróbować zrobić krótki odwyk od “ja”.

Oczywiście, na samym początku nie chciałem się ze sobą zgodzić. Jak to, zrobić odwyk od “ja”? Przecież “ja” to ja, co potem zostanie? Jak nie będzie mnie, to kto zacznie obserwować świat moimi oczami?

Ciągle przecież mówią o tym, że najlepiej jest być sobą. Tylko kto to ten “ja”? Co się stanie kiedy zniknie? Ciekawiło mnie to i niepokoiło jednocześnie.

Zacząłem od zaznaczania w notesie, jak często używam formy osobowej. Tak jak się spodziewałem, stawianie kolejnych kresek dość szybko ozdobiły kartkę, znacząc ją niebieskimi płotkami.

Nie miałem z tym ogromnego problemu. Wiedziałem już wcześniej, że introwertyczne spojrzenie na świat skupiało się przede wszystkim na postawieniu wewnętrznego obserwatora na podium.

Jak mówi słynne powiedzenie: Chcesz zmieniać świat? Zacznij od siebie.

Nikt nie zmieni za Ciebie podejścia do życia. Nikt nie będzie skakał i pilnował co robisz, korygował na każdym kroku i upominał jak dziecka. Jeżeli tak robi, możesz wiedzieć, że ogromnie mu na Tobie zależy, albo nie może uwolnić się od tłamszącego nakazu poczucia kontroli.

Nawet w tym przypadku, jeżeli posłuchasz kogoś, kto jest Ci życzliwy, Twoje działania, choć wymuszone wierceniem Ci dziury w brzuchu, pozostają zależne wyłącznie od Ciebie.

Nie oszukujmy się, gdy ludzie naprawdę nie chcą czegoś zrobić, zaraz wynajdą sposób, żeby do tego nie robić. Inaczej mielibyśmy społeczeństwo niewolników rządzonych przez niewielką grupę ludzi.

Zakładając, oczywiście, że jeszcze takiego nie mamy, prawda? Tę kwestię pozostawiam już Twojej ocenie.

Myśląc o tym wszystkim, oczywistym wydawało mi się to, że powinniśmy stawiać siebie na pierwszym miejscu. Analizować świat z perspektywy pierwszej osoby, pamiętając jednak, żeby starać się być lepszym człowiekiem każdego dnia.

Ćwicząc na siłowni, parę razy spotkałem się ze stwierdzeniem, że nie ma co porównywać się z osiągami innych osób.

Kiedy widzisz, że ktoś wyciska więcej kilogramów od Ciebie, nie zawsze wiesz przecież, jak długo ćwiczy, jak się regeneruje i czy pilnuje diety. A może suplementuje się lepiej od Ciebie?

Dobrze jest patrzeć na to, by z czasem poprawiać swoje własne osiągi i technikę. Wyniki pozostałych mają Cię motywować, jednak głównym odniesieniem warto, żeby była Twoja osoba.

Co więcej, stoickie podejście zaleca, żeby nie przejmować się tym, co nie jest od nas zależne. Czemu więc nie skupiać się przede wszystkim na sobie?

W ramach eksperymentu postanowiłem więc na jeden dzień pozbyć się tego “ja”.

Co mi to dało?

Przede wszystkim, przestając się skupiać na sobie, a bardziej na świecie, który mnie otacza, zauważyłem, że jestem szczęśliwszy. Przez tak krótki okres nie dało się do końca oderwać od siebie, więc i tak musiałem przekalibrowywać swoje podejście.

Chwile, w których udawało mi się oderwać na chwilę od tego wewnętrznego egotyka, zauważyłem (znowu “ja”, nie chcę jednak pisać “zauważyło się”, niczym bohater “Lodu” Jacka Dukaja), że chwilowo zmienia się moje spojrzenie na świat.

Zdarzyło się w tym dniu parę ważnych rzeczy. Zdarzeń, które zazwyczaj nie powinny się wydarzyć. Rzeczy, które ze zwykłej perspektywy brałbym do siebie. Dzięki eksperymentowi zamiast wczuwać się na to, jak wpłynie to na moją własną osobę, bardziej skupiałem się na tym, co czują osoby w moim otoczeniu.

Większa empatia sprawiła, że zamiast robić rzeczy, które normalnie robię, poluzowałem swój sztywny grafik i pozwoliłem sobie na więcej luzu.

Stres, który normalnie prawie by mnie zjadł, stał się nagle bardziej znośny. Miast się spinać non-stop, zżymając się na niesprawiedliwość losu, w którym nagradzani jesteśmy czysto przypadkowo, lub nawet wbrew temu, co się osiągnęło zacząłem czuć większą akceptację tego, że “jest jak jest” i cokolwiek się nie stanie, ze wszystkim w końcu idzie sobie poradzić.

Przestając się skupiać na tym, co dyktuje mi wewnętrzny obserwator, zacząłem odczuwać wszystko, co dzieje się tu i teraz. Ten magiczny mindfullness, o którym tyle pisałem ostatnimi czasy naprawdę się przydał. Poczułem większy kontakt ze światem. Zamiast czuć się jak samotna wyspa, której brzeg znika raz po raz w przepastnym oceanie, zaobserwowałem, że wszyscy jesteśmy bardziej jak wielkie mrowisko, skupione na tym, by jakoś przetrwać w nienajłatwiejszej rzeczywistości.

Chciałbym podkreślić, że eksperyment był krótki i niedoskonały. Ciężko wyzbyć się nawyków pielęgnowanych latami. Z pewnością nieraz go powtarzał, żeby każde podejście skutkowało coraz ciekawszymi rezultatami. Jak się w końcu przekonałem, próby odseparowania się od “ja” mogą jednak niespodziewanie procentować.

Zainteresował Cię dzisiejszy wpis? Chcesz zobaczyć więcej? Zapraszam Cię na podstronę bloga MonuMentalnie.com. Wystarczy, że klikniesz tutaj.

Jeśli chcesz dołączyć do naszej społeczności, zajrzyj także na Facebook, LinkedIn oraz Instagram!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *